ESBECJA GEODEZYJNA 1

” To zagrożenie jest dla niektórych niewidoczne, ale dla Polaków – znajome. Stały rozrost rządowej biurokracji, która pozbawia ludzi woli działania i bogactwa. Zachód osiągnął wielki sukces nie dzięki biurokracji i regulacjom,,,” – fragment przemówienia JE Donalda Trumpa na pl.Krasińskich w Warszawie w dniu 6.07.2017

W historii PRL Urząd Bezpieczeństwa (ubecja) zapisał się jako kasta reżimowych uprzywilejowanych państwowych urzędników.  “Służba” ta, prześladowała “wewnętrznego wroga” czyli normalnych ludzi, którzy przez to, że byli normalni, to stanowili śmiertelne zagrożenie dla jedynie słusznego systemu zapewniającego demokrację, dobrobyt i równość, ale wyłącznie dygnitarzom systemowym dzierżącym władzę absolutną. Czy Wam (zwracam się do geodetów) to, czegoś nie przypomina? Czy nie czujecie się jakbyście żyli i pracowali w tamtych czasach? No właśnie… W tamtych czasach Główny Urząd Geodezji i Kartografii należał do PRL-owskiego resortu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, a że geodezja i kartografia była wyłącznie państwowa to i tzw. wykonawstwo również było podporządkowane esbecji. Rok 1989 wyzwolił GUGiK spod Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, państwowe przedsiębiorstwa geodezyjne przeszły w ręce prywatne, ale…

Wykonawstwo geodezyjne, mimo tak wielu zmian w państwie,  jednak nie uwolniło się spod Państwowej Służby Geodezyjnej i Kartograficznej, która to służba nie przestała sprawować dozoru i to metodami dawnej esbecji a wręcz przejęła jej metody a nawet je rozbudowała.
Inwigilacja – czy zastanawialiście się nad systemem obowiązkowych zgłoszeń prac, które już niczemu innemu nie służą jak wyłącznie do śledzenia, który przedsiębiorca – geodeta uprawniony co, ile i dla kogo wykonuje.  
Terror – geodeci posiadający państwowe uprawnienia  do wykonywania samodzielnych funkcji, kierowania i bezpośredniego nadzoru nad pomiarami i pracami geodezyjnymi są terroryzowani przez powiatowych i wojewódzkich urzędników weryfikacją i uwierzytelnianiem efektów pracy. Do tego nierzadko ci urzędnicy nie posiadają uprawnień a bywa, że i wykształcenia geodezyjnego.  Bo jak stwierdził były Główny Geodeta Kraju dr inż. Kazimierz Bujakowski, urzędnik sprawdzający, czy przekazywane przez geodetę uprawnionego zbiory danych lub inne materiały stanowiące wyniki prac  geodezyjnych lub prac kartograficznych są zgodne z przepisami prawa obowiązującymi w geodezji i kartografii, wcale nie musi posiadać uprawnień a nawet wykształcenia geodezyjnego.Według danych ministerstwa w roku 2016 ponad 800 tys. zgłoszonych prac zweryfikowało 

Przykład, na załączonym wycinku z protokołu weryfikacyjnego czynności urzędnicze przeprowadził Pan Radosław, który został zatrudniony na stanowisku “pomocy administracyjnej”. Jak wynika z pragmatyki urzędniczej, takie stanowisko nie jest stanowiskiem urzędniczym, a jest równorzędne z portierem, maszynistką, sprzątaczką czy gońcem. A więc w praktyce okazuje się, że “weryfikator” nie tylko nie musi posiadać wykształcenia geodezyjnego, geodezyjnych uprawnień zawodowych ale również nie musi być w ogóle urzędnikiem (!). I to są niestety ponure fakty, bo np. w Łodzi, Wrocławiu  nie są to urzedy lecz gminne jednostki budżetowe natomiast we Włocławku, czy w Rzeszowie posunięto się jeszcze dalej. (zaproszenia)

ZASADY
Funkcje weryfikatorów pełnią osoby spoza urzędu wyłonione w wyniku przetargów czy konkursów ofert.

Funkcje weryfikatorów pełnią tam osoby spoza urzędu wyłonione w wyniku przetargów czy konkursów ofert. Tym samy do negatywnych cech, o których wspomniałem, dochodzi jeszcze i to, że z upoważnienia starosty “funkcje weryfikatora” pełni przedsiębiorca świadczący usługi geodezyjno-kartograficzne na tym samym lokalnym rynku co geodeci, których wyniki pracy weryfikuje. (protokół z Rzeszowa) Czy w takim razie, z tym “geodezyjnym ormowce” (trzymając się konwencji PRL-u) można konkurować? Jak można konkurować z przedsiębiorcą upoważnionym przez starostę do  kontrolowania efektów pracy innych geodetów – przedsiębiorców z tego samego lokalnego rynku? Czy jest możliwe, by ktoś zmusił przedsiębiorcę – weryfikatora do powstrzymania się od wykonywania usług geodezyjnych w czasie pełnienia funkcji kontrolnych przekazanych mu czasowo przez starostę w stosunku do innych wykonawców geodezyjnych? Oczywiście automatycznie nasówa się obawa czy coś takiego jest zgodne z obowiązującym prawem?

Zdaniem Grzegorza Ninarda, wyrażonym w opublikowanym artykule pt.: “Lepiej pilnować poprawności upoważnień” w Geodecie Nr 35/2017, sprawa jest oczywista…

Starosta może upoważnić pracownika starostwa lub ośrodka dokumentacji (i tylko ich) do dokonania określonych czynności z zakresu weryfikacji wyników prac gik:
1) na podstawie art. 6a ust. 3a Pgik – w zakresie czynności materialno-technicznych,
2) na podstawie art. 38 ust. 2 oraz art. 268a kpa – w zakresie czynności procesowych.

Czy w takim razie w zwiazku z powyższym, nie należałoby zapytać prokuratorów dla Włocławka, Rzeszowa i innych miast gdzie praktykuje się takie rozwiązania, czy nie nastąpiło czasem nadużycie uprawnień przez wspomnianych starostów, wyczerpując tym samym specyfikację czynów zagrożonych karami z art. 231 kk. za przekroczenie uprawnień? A co z weryfikatorami w takich instytucjach budżetowych, które nie podlegają starostom czy prezydentom miast na prawach, chociaż zostały powołane przez organy stanowiące tych jednostek – jak Łódzki Ośrodek Geodezji,  czy Zarząd Geodezji Kartografii i Katastru Miejskiego we Wrocławiu?

 A tak w ogóle, to czy starostowie nie złamali prawa a tym samym, czy “zweryfikowane” operaty techniczne przez “prywatnego weryfikatora” wobec braku skutecznego upoważnienia do tych czynności, skutecznie zostały włączone do materiałów państwowego zasobu geodezyjnego i kartograficznego? A jeśli wobec braku skutecznego włączenia do państwowego zasobu materiałów, czy skuteczne jest uwierzytelnienie map wykonawców, którzy przekazali operaty techniczne a weryfikacje przeprowadził “murarz-tynkarz-akrobata” a inni jemu podobni wpisali do ewidencji państwowego zasobu? To własnie od tych tych “urzędników” zależy, czy geodeta uprawniony bedzie mógł sprzedać swoją pracę i utrzymać siebie, firmę, pracowników i rodzinę.

Przeciwko geodetom jest wykorzystywane wszystko co sie tylko da wykorzystać. Specjalnie do tego celu stworzono prawo i to o wiele bardziej restrykcyjne niż to z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku, które spokojnie można nazwać “narzędziem terroru”. Na przykład, za brak bądź opóźnienie, w zgłoszeniu staroście  zamiaru wykonania zlecenia uzgodnionego z klientem, która to czynność tak naprawdę już od 22 lat nie ma żadnego uzasadnienia,  to dygnitarze geodezyjni oddają upatrzonych geodetów do dyspozycji Policji.

Trochę historii… Zgłaszanie robót zostały powołane w zarządzeniu Ministra Spraw Wewnętrznych 8 grudnia 1959 roku po to by powiadomić wykonawcę prac geodezyjnych, którymi w tamtych czasach było wyłącznie – Przedsiębiorstwo Państwowe, “jakie są istniejące lub będące w opracowaniu materiały geodezyjne i kartograficzne, które czynią zbędnym wykonanie zgłoszonej roboty.”  Z punktu widzenia ekonomiki ówczesnego państwa, jako jednego globalnego przedsiębiorstwa podzielonego na zakłady, dublowanie kosztów wytworzenia tych samych map i dokumentów było przestępstwem ekonomicznym. Natomiast w przypadku, gdy brak było materiałów, organ udostępniał posiadane materiały jakie powinny być wykorzystane przy zgłoszonej robocie. Taki był cel zgłaszania robót geodezyjnych w czasach PRL lecz po 4 czerwca 1989 r.,  a już na pewno po uchwaleniu Konstytucji RP 2 kwietnia 1997 r. z racji likwidacji geodezyjnych przedsiębiorstw państwowych ten cel przestał istnieć. To jak to się stało, że zgłoszenia obowiązują do dnia dzisiejszego, i jeszcze ich system jest rozwijany?

Przepis o zgłoszeniach trwał niezmieniony przez 30 lat (1959-1989). Dopiero po uchwaleniu ustawy Prawo geodezyjne i kartograficzne w 1989 r.,  15 maja 1990 roku wydano “nowe” rozporządzenie, które w zasadzie było powieleniem zarządzenia z 1959 r. Nadal, to ośrodek ustalał listę materiałów, które należało wykorzystać w zgłoszonej pracy. To ośrodek wyszukiwał w swych zasobach materiały i był zobligowany do wydania ich charakterystyki technicznej i to w formie pisemnej. Tak też utrzymano w następnym rozporządzeniu z 2001 r.  Mało tego, ośrodki były w obowiązku powiadomić wykonawcę zgłoszonej pracy o podobnych pracach zgłoszonych oraz przyjętych nowych materiałach niezbędnych do wykorzystania w zgłoszonej pracy. A dzisiaj? 

ZASADY
Przez 57 lat te zasady były niezmienne. Dopiero w 2014 roku sejm pod “namową” GGK i GUGiK uchwalił zmiany ustawy Prawo geodezyjne i kartograficzne. Zlikwidowano wiele a właściwie wszystkie obowiązki PODGiK wobec Wykonawcy.

Przez 57 lat te zasady były niezmienne. Dopiero w 2014 roku sejm pod “namową” GGK i GUGiK uchwalił zmiany ustawy Prawo geodezyjne i kartograficzne. Zlikwidowano wiele a właściwie wszystkie obowiązki Państwa wobec Wykonawców, jak obowiązek wybierania i selekcjonowania materiałów “jakie powinny być wykorzystane przy wykonaniu pracy”.  Aktualnie to na wykonawcę przerzucono dawny obowiązek ośrodka oceny materiałów pod względem dokładności, aktualności i  kompletności, a jedynym obowiązkiem ośrodka to uzgodnienie z wykonawcą listy materiałów, tak jakby to wykonawca mógł mieć pojęcie, co i w jakim stanie, znajduje się w 380 PODGiK-ach w kraju? Czy to nie czysta paranoja?! Ponadto zdjęto z państwowej administracji geodezyjnej następny obowiązek, który działał przez 57 lat, t.j.  dostarczania wraz z kopiami dokumentów i informacjami charakterystyk technicznych materiałów zasobu, oraz (następny) obowiązek informowania przez administrację o nowych pracach na obszarze objętym jeszcze niezakończonym zgłoszeniem.

W ten sposób ten peerelowski relikt – zgłaszania, nie tyle prac geodezyjnych lecz zgłaszania samego zamiaru wykonania pracy geodezyjnej, został pozbawiony  racjonalności. Zgłaszania prac/zleceń i ponoszenia tego kosztu przez podmioty gospodarcze wpływa destrukcyjnie na procesy inwestycyjne w całym kraju. Ten administracyjny mechanizm inwigilacji gospodarczych podmiotów geodezyjnych powoduje wstrzymywanie możliwości rozpoczęcia pomiarów geodezyjnych do czasu uzyskania licencji na wykorzystanie danych. Według danych z Ministerstwa Infrastruktury i Budownictwa w 2016 r. gdzie w całym kraju zgłoszono i zewidencjonowano 800 221 prac, średni czas oczekiwania na licencje uprawniającą do rozpoczęcia pomiarów to 6 dni. Czyli według statystycznych danych urzędowych, średnio tydzień trzeba czekać na pozwolenie wykonania zleconej pracy. Za złamanie tego nakazu grozi dochodzenie policyjne oraz kara wyznaczona przez sąd. Z tymi średnimi wyliczonymi na podstawie inwigilacji prowadzonej przy pomocy systemu “zgłoszeń prac” przez 380 geodezyjnych organów powiatowych, to też do końca nie można ufać. Bo np. starostwo międzyrzeckie podało, że średnia oczekiwania na licencję i zamówione dane roku ubiegłego to 2 dni, a z osobistych doświadczeń wynika, że były to 2, 3 ale tygodnie. W tym roku jest niewiele lepiej, na odpowiedź na zgłoszenie czekam już 3 tygodnie i czekam dalej…

C.d.n.

ps Rekordzista (powiat żarski woj. lubuskie) uzyskał w roku 2016  średni czas udostępnienia geodetom materiałów niezbędnych do wykonania zgłoszonej pracy geodezyjnej od momentu ich zgłoszenia oraz licencji – 45 dni!!!